(nad)Aktywność w social media, a jakość

kobieta, laptop, facebook

Tak, wiem, jako człowiek 21 wieku, czyli ery Google i jako marketingowiec – nie masz Facebooka to nie istniejesz! Mam. I trochę mnie tam widać, ale jeszcze nie na tak imponująco szeroką skalę. Głównie w gronie znajomych i w innym gronie na LinkedIn. Na razie wystarczy. Bo na social media potrzeba dużo, dużo, dużo i jeszcze więcej czasu. A ja wolę zadbać o jedno dobre medium niż pobieżnie o trzy. Ale nie o oczywistościach miało być. Tylko o pożeraczach czasu i naszej energii. O balansie, nie tylko work-life, ale też facebook-life. Bo lepiej mniej, a z serca. Niż codziennie, ale byle jak.

Facebook numer 1

Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział 😉 – Facebook ma monopol. Choć pewnie, jak ze wszystkim, do jakiegoś czasu. Aktualnie nie ma innego króla wśród social media na świecie.

Wg raportu Digital in 2017: Global Overview – Facebook na świecie  to już 1,871 miliarda użytkowników, z czego 44 % to kobiety, a 56% stanowią mężczyźni.

55% ludzi korzysta z Facebooka codziennie, a Polska jest tu na trzecim miejscu na świecie (70%), jeśli chodzi o całkowitą ilość użytkowników, którzy korzystają z social media codziennie. Przed nami tylko Australia z wynikiem 75% oraz Włochy 74 %.

facebook, social media

Ale obecność w social media codziennie to jedno, a ilość czasu, który tam spędzamy to drugie.

Średni czas poświęcany na social media to 2 godziny i 19 minut dziennie – średnia światowa (dane GlobalWebIndex). Polska plasuje się tutaj na 22 miejscu z czasem 1 godziny i 45 minut (wg raportu We Are Social i Hootsuite). Ale pamiętajmy, że to przeciętny czas. Dla marketingowego ninja doba nie ma końca. I tu zaczyna się problem…

Wypalenie na freelancie

Poruszam temat freelance’u, bo mi obecnie najbliższy. Ale, nawet najlepszy magik content marketingu, ma swoje granice. I im lepszy, tym bardziej musi się pilnować, żeby się nie wypalić tą ciągłą aktywnością w social mediach. Żeby nie stracić celu z oczu i nie znienawidzić tego, co do tej pory uwielbialiśmy robić.

FB wciąga, to bez dyskusji. I im więcej opcji już ogarniasz, tym chcesz więcej i lepiej tam zabłysnąć. Pochłaniacz czasu, jakich mało. Bo niby musisz, żeby w ogóle istnieć, ale z drugiej strony, czy stosunek czasu do jakości Twoich działań jest adekwatny? Mistrzowie zen marketingu twierdzą, że trzeba być cały czas aktywnym – dzień w dzień!, bo inaczej zginiesz w natłoku postów, informacji, blogów… Faktycznie, najgorzej jest na samym początku. Wtedy musisz się pokazać z jak najlepszej strony, żeby zdobyć zaufaną publikę, a później kula śnieżna już zrobi swoje.

Dla porównania – wypalenie przez social media, mimo tych wszystkich super opcji, jest o wiele bliższe niż np. w copywritingu. Ja staram się pisać regularnie, ale jak zdarzy mi się dłuższa przerwa np. 2-3 dni, bo dziecko chore, to świat mi się nie zawali. Takie przerwy są nawet wskazane. Umysł odpocznie, wena wróci. Nic na siłę, czy w pisaniu, czy w social mediach.

Bardzo łatwo się zatracić, nawet w tym ukochanym zajęciu, które uprawiamy na co dzień. I nie ma tu wyjątków. Czy to etat, freelance, copywriting, marketing, social media, czy macierzyństwo – wszędzie potrzeba oddechu!

Nie obwiniaj siebie za nieobecność na FB dzisiaj. Świat o Tobie tak nagle nie zapomni, jak robisz coś naprawdę dobrze, bo z serca. Po to ktoś wymyślił wakacje i 2-tygodniowe urlopy, żeby się nie wykończyć. Żeby mieć okazję odpocząć, zmienić perspektywę i podejście do pracy. Żeby normalnie, zdrowo żyć.

Nad-aktywność wykańcza

Tak, to jedna z szybkich dróg do wypalenia się totalnie. Nie trzeba być wszędzie, mieć milion znajomych, czytać kilkadziesiąt blogów tygodniowo – szkoda czasu. I nerwów, które nakręcają spiralę – Jeju, dziś piątek, link party, a ja zapomniałam!

Wybierać, zmieniać, obserwować kątem oka, nie zawsze komentarzem – byle było, wszelakie grupy facebookowe, do których się zapisaliśmy. Jak wcześniej wspomniałam i zgodnie z zasadą minimalizmu, która zawsze ulepsza nam życie – im mniej, tym lepiej!

Stawiajmy na jakość naszych wypowiedzi i na instynkt. Nie leży Ci czyjś post, super, zostaw i przejdź obok. Wpadło Ci coś w oko i rezonuje, mimo, że strategicznie marketingowo nie pasuje do Twojego planu, napisz. Może w przyszłości zaowocuje, tego nie wiesz.

Nie trzeba być wszędzie, byle być, byle istnieć. To tak jak z pisaniem, największe dzieła nie powstały na zawołanie, nie powstały w określonych deadlinach, nie powstały, bo musiały powstać. Przyszły znienacka i zrobiły swoje. Wbrew temu, co zwykle mówią wielkie głowy od strategii marketingowych i inni mądrzy.

Trzeba czuć bluesa, żeby była zabawa. Inaczej to droga przez mękę, którą wszyscy w końcu odkryją.

Zdjęcia: Pexels

 

 

 

 

 

 

 

  • Laura LR

    jak to sie mowi nie ilosc tylko jakosc popieram !

  • Mnie zawsze zaskakuje gdy osoba pisząca bloga/prowadząca FB/konto Instagram, przeprasza za swoją kilkudniową nieobecność. Bo z całą sympatią dla wielu twórców, świat często nawet tej nieobecności nie zawuaża. W natłoku wszystkiego co śledzimy w SM sporo czasu musi upłynąć zanim zorientujemy się, że kogoś nam tu brakuje. Więc bez zbytnich wyrzutów możemy sobie spokojnie urlop do sieci zrobić 🙂 świat poczeka 😉

    • Poczeka na pewno i w tej przytłaczającej ilości znajdzie te najbardziej bliskie i wartościowe treści. Pozdrawiam i dużo czasu wolnego na łonie natury życzę 😉

  • O jaaaa, świetnie rozumiem to, o czym piszesz! Sama przerobiłam już chyba większość odsłon pasjo-zawodowej nadaktywności. W wieku bodaj 34 lat pierwszy raz przez kilka miesięcy popracowałam na etacie pn-pt, 8-16 i okazało się, że dopiero zrozumiałam, co to znaczy mieć… weekend! I – co więcej – cieszyć się na jego myśl przez pięć dni, a w piątek to już pod niebiosa wyskakiwać z radości. Takie uroki pracy w domu 😉 To taka dygresja lekko obok tematu Facebooka, bo o tym to już wolę nie wspominać ;p Pozdrawiam… z domu ;)))

    • No właśnie, przebywając non-toper w domu i pisząc i będąc mamą, nie wiem co to radość z weekendu, bo mam go prawie codziennie 😉 Pozdrawiam z wygodnego szarego fotela IKEA 😉

  • U mnie w zawodzie weekend nie istnieje w ogóle, mam wolne jedynie poniedziałki. Może czas się przebranżowić i siąść za biurkiem, żeby móc świętować weekend…? 🙂

    • A co takiego robisz na co dzień Małgosiu? Fakt, praca na etacie to stałe godziny do 15-16 i wolne, a praca na freelansie to fałszywie postrzegana wolność, że siedzisz w domu i nic nie robisz, a robisz za dwóch na jednym etacie. Pozdrawiam i więcej wolnego życzę!

      • Pracuję w operze – gram w orkiestrze na skrzypcach. Jest…intensywnie 🙂

        • Wow, jest pełna podziwu dla takich osób z takim wyjątkowym talentem! To rzeczywiście grafik takiej pracy nie zależy wiele od Ciebie. Ale póki sprawia Ci to fun i dajesz radę fizycznie, warto przeżyć takie chwile. Szacun 😉