Weno, gdzie jesteś?!

pokoj, regal, krzeslo, okno, swiatlo

Wena, motywacja, inspiracja, zwał jak zwał.  Skąd ją bierzecie? Do pisania, do działania, do życia? Dla mnie to nieregularna szkoła. Wpada, kiedy nie proszę i ucieka jak gonię ją myślami, żeby opatrznie na mnie spłynęła. Słowo – teraz, now – na nią nie działa, tak samo jak nie działa na mojego syna, gdy o coś go proszę. I trochę z nią jest jak z dzieckiem. Uparta i niezależna, ma humory i wiecznie się ze mną bawi w kotka i w myszkę. Gonisz ją – ucieka. Nie masz czasu – przyłazi. Na szczęście trwa przy mnie.

Ładnie to tak?!

Że jak człowiek zmęczony po całym dniu, chce spokojnie zmrużyć oczy i odlecieć w błogi sen, to inspiracja/wena/zwał jak zwał – przyłazi. Męczy i dręczy. Myśli krążą, aż się prosi o kartkę i długopis, a nie o przyciśnięcie głowy do poduszki. A ja jej na przekór, oddycham głęboko jak na jodze i zmuszam do spania. A później mści się na mnie i nie przychodzi, nawet jak poproszę.

Bo są w końcu takie chwile spokoju. W środku dnia, tak od 9 wzwyż, gdy dziecko w przedszkolu, mąż w pracy, a ja mogę w końcu usiąść na freelancie w wygodnym fotelu i pisać…

Tylko, że tak na zawołanie często się nie da. Bo wena bierze się też z serca, nie tylko z rozumu.

Ale ją ujarzmiam powoli, nadaję jej stały rytm porannej kawy, kiedy cisza i ja, albo wieczornego orzeźwienia, gdy zasiadam od niechcenia przy laptopie sprawdzić, co na mailu słychać. Tak jak dziecko. Wpada w ten stały rytm, mimochodem.

Razem raźniej

Współpraca, tylko współpraca może nas uratować.

Ona inspiruje, zapala światełko, dyktuje. Ja słucham, dyskutuję, w końcu piszę. Później poprawiam, czytam raz i jeszcze jeden. Nie ma ideałów, ale ten tekst taki będzie – dopieszczony. I tak jak z tym i z kolejnym. Chodź czasami mało obiektywnie, bo z serca przecież.

Lubię ją. Bez niej nie byłabym szczęśliwa. Nadaje smak i sens. Życie jakby się uśmiechało.

Ale coś za coś. Ona też potrzebuje dopieszczenia. Z pustego nie nalejesz. Więc czerpię ją garściami z przeczytanych treści – w książkach, magazynach, na portalach, blogach. Wystarczy, że coś mnie poruszy, zaiskrzy, a ogień strawi resztę. Tak rodzi się dzieło, w bólach, jak dziecko.

Ale najbardziej lubię ją z ludzkich historii, z dramatów małych i dużych, na miarę każdego. Uczę się wtedy najwięcej, a moje emocje kieruję do edytora tekstu. Tak powstaje dzieło.

Dzieło dziełu nierówne

I znowu do tego dziecka wracam. Bo takie śliczne, takie kochane, takie moje. Zupełnie jak ona. Indywidualistka pod prąd.

Nadaje mi styl i nic z tym już nie zrobię. Mogę tylko go doskonalić.

Nie odejdzie ot tak sobie. Musi zostać zaakceptowana i bardzo się denerwuje, gdy ktoś ją skrytykuje.

Cóż, życie. Jak dziecko, niech się wykrzyczy i wróci na swoje miejsce. Jest mi potrzebna jak tlen do oddychania i jak krew do krążenia. Bez niej pusto i smutno by było.

Siadałam do pisania bez niej, przyszła nagle, jak zawsze. Koniec. Stop. Idę spać. Tylko jeszcze jedno, muszę ją przegonić do porannej kawy, żeby dała mi się wyspać teraz. Musimy obie odpocząć. Dobranoc i do jutra. Jutro też jest dzień.

Zdjęcie: pixabay

  • Z weną trzeba umieć się dogadać, bo teksty pisane bez niej nie mają tego czegoś

  • Odwieczne dylematy 🙂 Ja w przypadku braku weny, po prostu siadam i piszę cokolwiek bez oceny i myśli przewodniej. Najczęściej w ten sposób właśnie się odblokowuję 🙂

    • Metoda dość ciężka jak dla mnie, usiąść z pustką i pisać. Dużo łatwiej mi ogarnąć mieszkanie, coś ugotować, zrobić przerwę, wtedy wraca do mnie, spada z nieba 😉

    • Ja też tak właśnie ją przywołuję. Zazwyczaj słyszy i przychodzi. Chociaż czasem schowa się, uparciuch, i nie wyjdzie. Co zrobisz? No taka to kapryśna relacja. Pozdrawiam!

  • Ale ten tekst to chyba razem pisałyście, co? Czuję jej obecność, jak nic 😉

    • I tak, i nie. Powstawał „w bólach”, lead z weną, przerwa, wena na chwilę, przerwa na dłuższy czas, bo czasami idzie z automatu, a czasami z przerwami, ale zawsze dopieszczone ;). Dziękuję, pozdrawiam!